Do połowy października mieszkał pod ziemią. Przestrzeń była ciemna. Światło dzienne słabo przenikało przez rampę, a nocą miał dostęp tylko do świec. A jednak podziemne schronienie było suche i, co ważniejsze, niespodziewanie ciepłe. Nawet bez ognia otaczająca gleba utrzymywała temperaturę wewnętrzną na poziomie około 10°C.
Ten poziom komfortu nie był luksusowy, ale był stabilny, a zimą stabilność jest formą bogactwa. Kiedy gotowała, komin robił resztę. Dym przechodził przez ceglany kanał o długości 4,5 metra, podgrzewając glinę do około 93°. Ciepło rozprzestrzeniło się na zewnątrz, w ziemię i kamień.
Platforma, na której spał, znacznie się nagrzała, osiągając może 70-80° w najgorętszych punktach. Po skończonym jedzeniu i rozłożeniu żaru, ciepło nie ustępowało. Przez 6 do 8 godzin po ugaszeniu pożaru podłoga pod łóżkiem nadal promieniowała ciepłem w górę.
To, co stworzył, nie było tylko schronieniem. To był system. Wykorzystywał ciepło marne po gotowaniu, ciepło, które większość rodzin rozpraszała przez kominek, by ogrzać miejsce, w którym spał.
System kosztował ją tylko początkowy montaż płytek. Nie potrzebował dodatkowego paliwa poza tym, co było potrzebne do przygotowania jedzenia. Łącząc izolację podziemną, zgromadzoną masę termiczną i recyrkulację spalin, osiągnęła poziom efektywności, którego nikt wokół nie mógł pojąć.
Gdy miasto dowiedziało się, jak żyje, reakcja była natychmiastowym wyśmiewaniem. Wszyscy mówili, że dziewczyna Larsen mieszkała w dziurze w ziemi. Zakopał gliniane płytki, jakby wyobrażał sobie siebie w starożytnej rzymskiej willi, ale w rzeczywistości po prostu żył w ziemi.
Wszyscy wiedzieli, że chaty wykopane na prerii to pułapki śmierci. Wszyscy wiedzieli, że wraz z nadejściem prawdziwej zimy ziemia zamieni się w lodowaty grób. Jego rozbudowane wyjaśnienie podziemnych kanałów odpływowych i ciepłych podłóg nie wydawało im się inteligentnym rozumowaniem, lecz racjonalizacją dziewczyny zbyt upartej, by zaakceptować rzeczywistość.
W listopadzie pastor Henrik z norweskiego kościoła zorganizował wizytę. Przybył z pięcioma członkami kościoła, by przekonać Ingrid do przyjęcia tego, co uważali za wystarczającą pomoc: przyzwoitą pracę, godne mieszkanie i miejsce w porządnej rodzinie.
Schodząc po rampie wejściowej, znaleźli się w ciemnym wnętrzu kryjówki i zatrzymali się na moment, podczas gdy ich oczy przyzwyczajały się do ciemności. Widzieli ubite mury z ziemi pokryte trawą. Zobaczyli platformę do nierównego spania. Widzieli małe palenisko i gliniane płytki zaginione pod podłogą. Przestrzeń kosmiczna wydawała się prymitywna. Wyglądał na biednego. Dla nich nie wyglądało to na dowód pomysłowości, lecz na cierpienie.
"Mój synu," powiedział łagodnie pastor Henrik, "żyjesz pod ziemią jak zwierzę. Ten salon nie ma odpowiedniego ogrzewania. Widzę twój mały ogień, ale to nie wystarczy, żeby ogrzać to miejsce w styczniu. Musisz przyjąć ofertę od rodziny Johanssonów. Potrzebują pomocy w kuchni. Oferują zakwaterowanie i wyżywienie oraz dolara miesięcznie. To naprawdę niezła robota."
«La capanna è riscaldata», rispose Ingrid. «Le piastrelle sotto la mia piattaforma per dormire assorbono il calore di scarico dei fuochi per cucinare. Il fumo riscalda le piastrelle. Le piastrelle riscaldano il pavimento. Dormo al caldo. È più efficiente del riscaldamento tradizionale.»
Per loro non si trattava di una prova, ma di un'ulteriore dimostrazione di autoinganno. I tubi di argilla interrati nella terra, replicò il pastore Henrik, non erano un sistema di riscaldamento. Erano la disperazione. Quando la temperatura avesse raggiunto i -20 gradi, sarebbe morta di freddo in quella buca.
La esortarono ad accettare aiuto prima che fosse troppo tardi. Ingrid aveva già imparato una delle lezioni più dure della dipendenza: è inutile discutere con persone certe di capire la tua situazione meglio di te. Così li ringraziò per la loro preoccupazione, ascoltò senza cambiare idea e li guardò andarsene, pienamente convinta che ai loro occhi sarebbe morta entro Natale.
Parte 2
Przez cały listopad podziemne schronienie okazało się nie tylko zdatne do zamieszkania, ale także naprawdę funkcjonalne, a Ingrid wypracowała rutyny, które sprawiały, że życie pod ziemią było uporządkowane, efektywne i, biorąc pod uwagę okoliczności, niemal komfortowe. Na zewnątrz nocne temperatury spadły do -7°C, a pod koniec listopada zbliżyły się do -12°C.
W środku temperatura w norze utrzymywała się na stałym poziomie około 50°, nawet jeśli nie robiła nic, by ją ogrzać. Ten fakt liczył się bardziej niż jakiekolwiek ironiczne porównanie domów i dziur w ziemi. Sama ziemia działała jak izolator.
Nie próbował podnieść delikatnej drewnianej konstrukcji z temperatury zewnętrznej 20° do zamieszkania wewnątrz. Każdego dnia zaczynało się od temperatury zewnętrznej 50° ze wszystkich stron. Aby osiągnąć komfortową temperaturę, wystarczyło dodać niewielką ilość ciepła.
Jego codzienna rutyna kręciła się wokół tej przewagi. Rano obudził się na platformie, na której spał, która wciąż zachowywała część ciepła nagromadzonego przez ogień rozpalony poprzedniego wieczoru. Nawet 6-8 godzin po zgaszeniu żaru deski pod jego kocami mogły nadal mieć około 60°, co było temperaturą postrzeganą znacznie wyżej niż w reszcie chaty.
Wstawał, rozpalał małe ognisko i używał może dwóch lub trzech kawałków drewna, by ugotować papkę kukurydzianą. W miarę jak ogień płonął, dym przeniknął przez podziemne płytki i ponownie je podgrzewał, być może do 150°. Glina i otaczająca ziemia pochłaniały ciepło.
Kamienie pod łóżkiem pochłonęły ciepło i przywróciły je. W ciągu 30 minut peron mógł osiągnąć kąt 70°. Śniadanie jadła w najgorętszym punkcie schronienia, temperatura wokół jej ciała była znośna nie przez przepych, lecz przez staranne planowanie.
Ta sama logika rządziła wieczorem. Na ostatni posiłek dnia rozpalała nieco większy ogień, może z 4 lub 5 kawałków drewna do gotowania fasoli, ziemniaków lub innych potraw, które mogła zdobyć. Dym przechodzący przez podziemny system ogrzewał płytki jeszcze intensywniej, być może nawet do 200° lub więcej.
To intensywniejsze ciepło przenikało w ziemię i kamienie i pozostawało tam nawet po zgaśnięciu widocznego płomienia. Gdy skończył jeść i zbierać żar, platforma mogła osiągnąć 80°, nie tylko mniej zimno niż pomieszczenie, ale zdecydowanie gorące.
Potem przespał całą noc, gdy to ciepło powoli słabło: może 80° o 21:00, 70° o północy, 60° o 6:00 rano. Rano temperatura wewnętrzna wracała do podstawowych 50°, utrzymywanego przez ziemię, i cykl rozpoczynał od nowa. To, co stworzył, nie było jednorazowym trikiem, lecz powtarzalnym codziennym rytmem, w którym gotowanie, ogrzewanie i sen tworzyły jeden zintegrowany wzór.
Efektywność systemu była równie niesamowita. Całkowite zużycie paliwa wynosiło prawdopodobnie około 6 lub 7 kawałków drewna dziennie, może 2 liny na całą zimę. Dla porównania, rodzina jego ciotki zużyła około 8 lin drewna w jedną zimę i nadal miała trudności z odpowiednim ogrzewaniem domu, który zbudowano tradycyjnymi metodami.
Różnica nie polegała na tym, że Ingrid odkryła jakieś magiczne źródło ciepła niedostępne dla innych. Polegało to na tym, że zmieniło to relację między generowaniem, rozprzestrzenianiem i akumulacją ciepła. Pozostałe wytwarzały ciepło i pozwalały, by większość z niego się rozproszyła. Produkowała mniej, ale magazynowała więcej.
Grudzień przyniósł taki chłód, że wystawił na próbę każdą roszczenia. Temperatura spadła do 0°C i utrzymywała się tak przez kilka dni. Kryjówka Ingrid nie stała się przyjemnym miejscem według współczesnych standardów, ale nie ustąpiła. Utrzymywała swoją bazową temperaturę na poziomie 50°, ponieważ temperatura gruntu na głębokości 1,5 metra nie zmieniała się przy każdym podmuchu zimowego powietrza na powierzchni.
Jego kuchenne ogniska, nie większe niż wcześniej i już nie używały drewna, wciąż ogrzewały płytki podłogowe. Spał ciepło nad przepustem, podczas gdy preria nad nim zamarzała pod surowym zimowym niebem. Różnica między przetrwaniem a cierpieniem często nie polega na obfitości, lecz na tym, co pozostaje niezmienne, gdy wszystko inne się zmienia. Jego podziemne schronienie było synonimem stałości.
Następnie, 14 grudnia, nadeszła zamieć.
Wiązała się z siłą, którą doświadczeni osadnicy w Nebrasce od razu rozpoznali jako potencjalnie śmiertelną. Temperatura stopniowo spadała do -25°. Wiatr wiał nad ziemią z prędkością 70 mil na godzinę bez przerwy.
Śnieg spadł o 3 nad ranem i został przerzucony na bok przez wichurę, całkowicie niwelując widoczność. Świat na powierzchni przestał być krajobrazem i zamienił się w ruchomą ścianę bieli i szumu, chaos lodu i powietrza, w którym kierunek, odległość i osąd mogły zniknąć w ciągu kilku minut. Dźwięk burzy był nieprzerwanym rykiem.
Ingrid, 1,5 metra pod ziemią, z 1,2 metra ziemi nad sufitem i ścianami ziemi wokół niej, doświadczyła burzy inaczej. Postrzegał to jako odległą i stłumioną przemoc. Ryk rozchodził się po ziemi jako wibracja, a nie natychmiastowy atak. Wyczuwał subtelne zmiany ciśnienia.
Po dźwięku i sile przenikającej przez ziemię wiedział, że pogoda na powierzchni stała się burzliwa. Jednak burza nie przeniknęła głęboko.
Rampa dostępu wypełniła się śniegiem, co zamiast go potępiać, pomagało jeszcze bardziej izolować schronienie, uniemożliwiając zimne powietrze przenikanie do środka. Została skutecznie zamknięta w swojej podziemnej komnacie z wystarczającą ilością jedzenia na kilka dni i systemem ogrzewania, który nie zależał od spokoju w tym czasie.
Gotował jak zwykle. Mały ogień w kominku wywoływał dym przez podziemne kafle. Płytki się nagrzewały, ziemia się nagrzewała, platforma się ogrzewała. Rozgrzewka przebiegała dokładnie tak jak przed zamiecią, ponieważ prawa fizyki pozostały takie same niezależnie od tego, co wiatr zrobił na powierzchni. Jego system był chroniony przez podziemne działanie i wykorzystanie zgromadzonego ciepła, zamiast polegać na stałej produkcji dużych ilości zewnętrznego ciepła.
Dom Otto Schmidta, wzniesiony nad ziemią, nie był chroniony w ten sam sposób i po sześciu godzinach burzy był już w bardzo złym stanie. Wiatr przepychał lodowate powietrze przez każdą szczelinę konstrukcji. Cienkie drewniane ściany nie stawiały oporu na długotrwałe zimno do -25°.
Ciągle zasilali piec drewnem, desperacko próbując utrzymać ogrzewanie, odnawiając go co 30 minut i zużywając paliwo w tempie, którego żadna rodzina nie była w stanie utrzymać długo. Jednak piec nie był w stanie zrekompensować utraty ciepła. O północy, 12 godzin po rozpoczęciu burzy, temperatura wewnętrzna w domu wynosiła tylko 42°, mimo gorączkowego używania pieca.
Dzieci Otto były owinięte we wszystkie ubrania, które posiadali. Siedzieli owinięci kocami tuż obok kuchenki i wciąż się trzęsli. Najmłodsza, Anna, 4-letnia, zaczęła wykazywać pierwsze objawy hipotermii: ospałość, dezorientację, szarawą karnację.
Dom wciąż stał, ale stojący dom to nie to samo co działające schronienie. O świcie 15 grudnia, drugiego dnia, sytuacja stała się desperacka. W środku było 38°. Połowa drewna na zimę została zużyta w zaledwie 24 godziny.