- Len, musimy porozmawiać.
Paweł wszedł do salonu, nie zdejmując marynarki. Miał na sobie drogi garnitur, pachniał cudzymi perfumami, a ramiona miał skrzyżowane na piersi – jakby był na zebraniu planistycznym. Elena stała przy oknie, a metropolia jaśniała za szybą – okna miliona innych ludzi, życie miliona innych ludzi. Dwadzieścia lat temu sama wybrała ten penthouse, narysowała plan piętra, pokłóciła się z brygadzistą. Potem w ogóle przestała się kłócić.
„Mam już dość tej muzealnej ciszy, wiesz? Tego, że po prostu egzystujesz obok mnie. Rozwiedźmy się. Cicho, bez skandali, jak ludzie”.
Odwróciła się. Spojrzała na niego – czterdziestodwuletni, odnoszący sukcesy, pewny siebie. Firma informatyczna, która w trzy lata stała się jednorożcem. Kontrakty z największymi korporacjami. Penthouse, samochód, rachunki. Ona.
„Mieszkanie jest zarejestrowane na moje nazwisko, rachunki też” – kontynuował, jakby czytał z podręcznika. „Nie pracowałeś przez siedem lat, Len. Nie zainwestowałeś. Dam ci pieniądze na czynsz, na początek pomogę. Ale jeśli się wściekniesz, wyrzucę cię. Odejdziesz w dobrych stosunkach i będzie łatwiej dla wszystkich”.
Elena milczała. Pavel spodziewał się łez, krzyków, może nawet policzka. Ale ona po prostu się odwróciła, podeszła do stolika kawowego, wzięła telefon i zaczęła nagrywać.
„Co robisz?” głos po raz pierwszy zadrżał.
Wybrała numer i włączyła głośnik.
— Dmitrij Siergiejewiczu, dobry wieczór. To jest Elena, żona Pawła Krasnowa.
Na linii zapadła zaskakująca cisza, po czym rozległ się ochrypły głos:
— Eleno? Coś się stało?