Kiedyś wierzyłem, że to ja zostałem skrzywdzony.
Kiedy Elena odeszła ode mnie trzy lata temu, nie krzyczała. Nie oskarżała. Nie błagała.
Spakowała jedną walizkę, położyła obrączkę na kuchennym blacie i powiedziała tylko jedno zdanie:
„Wiem o niej.”
To było wszystko.
Bez wyjaśnień. Bez konfrontacji.
Oczywiście wszystkiemu zaprzeczałem. Powtarzałem sobie, że jest paranoiczna, niepewna siebie, dramatyczna. A kiedy nie walczyła o małżeństwo, przekonywałem sam siebie, że to znaczy, że nigdy nie kochała mnie wystarczająco.
Miesiąc później zamieszkałam z Camilą – moją współpracowniczką, moją „nieszkodliwą rozrywką”, kobietą, o której przysięgałam, że jest po prostu przyjaciółką.
Życie toczyło się dalej.
Albo tak mi się wydawało.
Trzy lata później dowiedziałem się, że Elena wychodzi za mąż.
Wspólny znajomy wspomniał o tym mimochodem.
„Wychodzi za mąż za faceta, który pracuje w małym warsztacie samochodowym. Niewielkie pieniądze. Trochę… zwyczajnie”.
Uśmiechnąłem się, gdy to usłyszałem.