Siedziałam wpatrzona w migający kursor na ekranie komputera, a moje myśli odpłynęły daleko od arkusza kalkulacyjnego, który miałam dokończyć, gdy ciche tempo pracy w biurze przerwało pukanie. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi się otworzyły i do środka wszedł dostawca, trzymając w dłoni jasnoróżowe pudełko po pieczywie, starannie przewiązane białą wstążką.
„Dzień dobry, Emmo! To dla ciebie!” – oznajmił radośnie, przyciągając uwagę połowy sali.
Kilku współpracowników spojrzało w moją stronę, uśmiechając się znacząco. Ktoś szepnął: „Szczęściarz z ciebie”, prawdopodobnie zakładając, że Jake przysłał mi miłą niespodziankę.
Zmusiłam się do uśmiechu, odbierając paczkę, choć żołądek ścisnął mi się z niepokoju. Jake nigdy nie przysyłał ciast do mojego biura. Nie dlatego, że mu nie zależało – po prostu nie był takim człowiekiem. Praktyczny. Powściągliwy. Nigdy spontaniczny.
„Dziękuję” – mruknęłam, odkładając pudełko na biurko.
Poczekałem, aż dostawca odejdzie, a hałas w biurze wróci do normy, zanim podniosłem klapę.
Najpierw poczułem zapach lukru waniliowego. Potem zobaczyłem napis.
Na różowym lukrze starannie wypisano literami z ciemnej czekolady cztery słowa, które sprawiły, że mój wzrok się rozmazał:
„Rozwodzę się z tobą.”
Powiedz, że to nie był twój test!” krzyknął, gdy tylko mnie zobaczył. Jego głos załamał się przy ostatnim słowie.
Powoli zamknęłam drzwi i odłożyłam torbę. Nie odkrzyknęłam. Nie płakałam. Coś we mnie się uspokoiło, wyciszyło – jak w samym sercu burzy.
„To moje, kochanie” – powiedziałem cicho.
Zacisnął dłonie w pięści. „A więc kto?” – zapytał. „Kim on jest, Emmo?”
„Nikogo innego nie ma” – powiedziałem, patrząc mu w oczy. „Nigdy nie było”.
Zaśmiał się gorzko. „Myślisz, że w to uwierzę? Lekarze powiedzieli…”
„Wiem, co powiedzieli lekarze” – przerwałem delikatnie. „A jeśli chcesz rozwodu, nie będę cię powstrzymywał”.
To sprawiło, że zamarł.