MŁODA WDOWA, Z KTÓREJ SIĘ WYŚMIEWALI ZA KOPANIE POD CHATĄ... NASTĘPNIE PAŹDZIERNIKOWY WYPAL STŁUMIŁ DOLINĘ KOLORADO, A JEJ TAJNE POMIESZCZENIE STAŁO SIĘ ICH JEDYNĄ SZANSĄ NA PRZETRWANIE

Chłopak uśmiechnąłby się innym razem. Teraz był zbyt zmęczony. Usiadł tam, gdzie Lydia mu poleciła, owinięty kocami, i pił z drugiego kubka, podczas gdy Marta powoli się obracała, patrząc na ściany, półki, szyb wentylacyjny sprytnie osadzony w słupie nośnym, niski tunel przechylający się w stronę wyjścia na wzgórzu.

Nad nimi coś dużego uderzyło w chatę i z hukiem się potoczyło.

Marta przytuliła się do ramienia Samuela. "Czy tu jest bezpiecznie?"

"To tak bezpieczne jak każde miejsce zbudowane przez ludzką rękę," powiedziała Lydia. Utrzymywał spokojny ton głosu, bo strach narastał przez naśladowanie. "Jest bezpieczniej niż pokój na górze. Ziemia niesie ciężar. Mury zbudowane są z kwadratowego kamienia i ubitej ziemi. Belki dachowe są krótkie i grube. Nawet jeśli chata się zawali, ten pokój powinien wytrzymać."

"Powinnaś?" powtórzyła Martha.

Lydia spojrzała jej w oczy. "Nie będę cię okłamywać, by cię pocieszyć. Ale postawiłbym życie na ten pokój i dokładnie to zrobiłem."

Przez chwilę nikt się nie odezwał. Wtedy Martha usiadła obok syna, a wyznanie zawisło między nimi z dziwną godnością. W rzeczywistości to zdanie uspokoiło Lydię równie mocno, jak pozostałe. Naprawdę postawił na to życie, sześć miesięcy pracy, drwiny i samotność wlane w kamień. Cokolwiek się wydarzy, zmierzy się z tym w ramach tego, co stworzył, a nie pod fałszywą iluzją bezpieczeństwa.

Burza nasiliła się z taką siłą, jakiej Lydia nigdy wcześniej nie czuła spod dachu. Dźwięk pod ziemią zachowywał się inaczej. Nie owijało już uszu ostrymi liniami, lecz przenikało drewno i ziemię jako siła, jako wibracja, jako rodzaj odległej przemocy przełożonej na kości. Czasami sufit się trząsł, a kurz unosił się w bardzo drobnych ziarnach. Raz rozległ się huk tak głośny, że Samuel podskoczył, przekonany, że sam pokój się rozdzielił. Lydia położyła rękę na jego ramieniu, aż znów usiadł.

"La cabina sta subendo danni", ha detto. "Ma questo non significa che la stanza sia completamente fuori uso."

Marta chinò il capo e sussurrò una preghiera. Lidia, udendo le sue parole, non la giudicò. Fede e ingegneria erano due nemici ben assortiti. Molti li confondevano perché non li comprendevano a sufficienza. Anche Lidia a volte pregava, sebbene raramente ad alta voce. Quella notte le sue preghiere si concretizzarono nel controllare lo stoppino della lanterna, contare i barattoli, ascoltare il rumore della ventola, sentire l'aria secca e sforzarsi di non immaginare l'angolo preciso da cui il muro nord avrebbe potuto crollare.

Samuele fu il primo a rompere la tensione.

"Hai sempre saputo costruire una cosa del genere?"

Lydia sedeva sulla panchina di fronte e lo osservava. «No. Ne conoscevo solo alcuni frammenti. Mia nonna usava rifugi di terra durante gli inverni dell'Idaho. Mio padre mi ha insegnato come si comporta il terreno quando gela e si scongela. Noah mi ha insegnato come puntellare i pesi e perché i tetti cedono prima dagli angoli. Il resto l'ho imparato pensando e commettendo errori, laddove era ancora possibile correggerli.»

Samuel alzò lo sguardo. "Il signor Pierce ha detto che ti sarebbe crollato addosso."

“Dice molte cose.”

Martha emise un accenno di risata, forse il primo suono sincero che avesse prodotto dal suo arrivo. "Su questo punto, almeno, non ci sono dubbi."

Lydia sorrise suo malgrado. "Jonah vede pericoli ovunque tranne che nel proprio giudizio."

Quel piccolo barlume di umorismo era importante. Aveva squarciato il terrore quel tanto che bastava per far passare l'aria. Anche Marta se ne accorse. Strinse più forte la coperta intorno a Samuel e disse, molto dolcemente: "Non avrei dovuto permettere che la gente parlasse di te in quel modo".

Lydia abbassò lo sguardo sulle sue mani. Le nocche erano screpolate per il lavoro, le unghie ricoperte di vecchia sporcizia che non si era mai lavata via del tutto. "Hai parlato meno della maggior parte delle persone."

«Ne ho dette comunque alcune.» La voce di Martha si fece tesa. «E ho pensato cose peggiori.»

“La maggior parte delle persone lo fa.”

“Questa non è assoluzione.”

«No», disse Lydia, poi alzò di nuovo lo sguardo. «Ma stasera non è la notte in cui intendo passare il tempo a rimuginare su ogni parola sconsiderata pronunciata in questa valle. Tu sei qui. Il ragazzo respira. Mi sembra un argomento più sensato.»

Marta deglutì. «Sei più gentile di quanto meriti.»

"Questa sarebbe una novità per moltissime persone."

Questa volta Samuele sorrise, un sorriso breve e stanco, ma sincero.

Le ore passavano lentamente. La fiamma della lanterna si ridusse e venne accorciata. Il caffè venne preparato in una piccola caffettiera sul fornello ad alcool che Lydia aveva riposto al piano inferiore per le emergenze. Martha e Samuel sonnecchiavano a turno, mentre Lydia rimaneva vigile, seduta con la schiena contro il muro di pietra e il revolver di Noah a portata di mano, sebbene non avrebbe saputo dire cosa si aspettasse di sparare sottoterra. Forse la paura stessa, se avesse preso forma.

Nel cuore della notte, dopo che una serie di violenti impatti aveva finalmente cominciato a distanziarsi tra loro, Lydia udì un altro suono.

Inizialmente pensò che fosse un'illusione dovuta alla stanchezza. La tempesta conteneva mille voci ingannevoli. Ma poi tornò, debole e ovattata, non dall'alto, bensì dal tunnel che conduceva alla botola sul fianco della collina. Un raschiamento. Poi una spinta. Infine, impossibile e inconfondibile, la voce di un uomo che si trascinava per la stanchezza.

“Lidia!”

Marta si mise subito seduta. Samuel si svegliò di soprassalto.

«Hai sentito?» chiese Marta.

Lydia si stava già muovendo. Prese la lanterna e si accovacciò vicino al tunnel. "Resta qui."

Il tunnel era così basso che dovette chinarsi profondamente, una mano sulla terra battuta sopra di lei, la lanterna tesa in avanti nell'altra. La neve aveva spinto una polvere finissima sotto le fessure del portello, dipingendo il pavimento compattato di bianco a strisce. La voce tornò, ora più debole.

"Na miłość boską."

W tamtej chwili zrozumiał to.

Jonah Pierce.

Przez absurdalną chwilę jej umysł powtórzył to samo zdanie co May: Kopiesz sobie własny grób.

Potem odłożył latarnię, podniósł pręt włazu i wszedł do środka. Śnieg wlewał się do tunelu w migoczącej stercie. Ciało upadło razem z nim, pełzało z trudem, spadało. Jonah wylądował na łokciu i próbował wstać, ale nie udało mu się i siedział tam, dysząc jak człowiek połykający noże. Jego broda była pokryta lodem. Rękawiczka zniknęła. Krew pękła w kącikach jego palców. Nie wyglądał jak twardy ranczer kłócący się konno, lecz jak stworzenie rozdarte przez żywioły i zredukowane do najczystszej istoty.

"Widziałem wspinaczkę," zdołał powiedzieć. "Nie mogłem znaleźć twoich drzwi. Myślałem, że jeśli jest szansa, to po drugiej stronie wzgórza."

Lydia chwyciła go za ramię. "Możesz wstać?"

"Z pomocą i z ranną godnością, może."