Czarny Mercedes-Benz wjechał do robotniczej dzielnicy Medellín i zatrzymał się przed małym, cennym domem.
Farba na ścianach zaczęła pokrywać się pęcherzami. Zardzewiałe mury chroniły okna. W małym ogrodzie kilka roślin walczyło o przetrwanie wśród chwastów.
Wysiadł z niego dwudziestokilkuletni mężczyzna z furgonetką. Jego wygląd był zbyt formalny jak na tę ulicę: szyty na miarę garnitur, nienaganne włosy, markowe buty. W jednej ręce trzymał skórzaną teczkę, a w drugiej grubą kopertę. Zbliżając się do drewnianych drzwi, mocno ścisnął kopertę, a jego oddech stał się płytki. Wymienił nawet pieniądze, a następnie zadzwonił do drzwi.
Z wnętrza dobiegały długie, zmęczone kroki.
Drzwi się otworzyły i pojawiła się kobieta: pięćdziesięciodwuletnia, z siwymi włosami związanymi w kucyk. Jej dłonie były szorstkie, a mundur roboczy wyblakły i poplamiony niewidoczną, ciężką pracą. Mrugnęła dziwnie, patrząc na nieznajomą.
„Pani Maria González?” „Gdzie pani jest?” – zapytał mężczyzna z dużą łodygą.
Maria niepewnie skinęła głową. Najwyraźniej go nie poznała.
„Przyszedłem spłacić dług, który niosłem przez siedemnaście lat” – powiedział, podając jej kopertę.
na następnej stronie