Chłopiec wpatrywał się w tatuaż policjanta. „Mój tata miał taki sam” – powiedział, a policjant zesztywniał.

Tego ranka nie było syreny, nie było trzasków w eterze w postaci komunikatu radiowego, na ulicy nie działo się nic pilnego.

Tylko głos dziecka.

I tatuaż.

To wystarczyło, by oficer Bastien Moreau zatrzymał się w pół kroku, jakby sam czas nacisnął pauzę.

Patrolował dzielnicę Croix-Rousse w Lyonie, podążając swoją zwykłą trasą, gdy coś otarło się o jego nogę. Bastien spojrzał w dół, spodziewając się zabłąkanego kota lub opadłego liścia.

Zamiast tego napotkał wzrok małego chłopca – nie starszego niż cztery lata – stojącego zdecydowanie zbyt nieruchomo jak na swój wiek. Dziecko nie patrzyło na mundur, odznakę ani sprzęt przy pasie Bastiena.

Jego wzrok utkwiony był w prawym przedramieniu Bastiena.

„Proszę pana” – powiedział chłopiec cicho, niemal z szacunkiem – „mój tata miał to samo”.

Dziecko podniosło palec i wskazało bezpośrednio na bretoński tatuaż przedstawiający triskelion wyryty na skórze Bastiena.

Bastien poczuł ucisk w klatce piersiowej.

Ten symbol nie był powszechny. Nie był modny. I przez całe życie znał tylko jedną osobę, która nosiła dokładnie ten sam znak.

Jego brat bliźniak.

Étienne.

Nie rozmawiali przez pięć lat.

Pięć lat milczenia zrodzonego z dumy, goryczy i walki tak zażartej, że przekreśliła wszystko, co było przed nią. Bastien nie wiedział już nawet, gdzie mieszka Étienne – czy nadal jest w Lyonie, czy też całkowicie zniknął.

Bastien przykucnął tak, że jego oczy znajdowały się na wysokości oczu chłopca.

„Jak masz na imię, mistrzu?” zapytał łagodnie.

„Leo” – odpowiedział chłopiec bez wahania. „Mieszkam tam… z panią Sylvie”.

Wskazał na znajomy budynek w kolorze ochry.

Miejski dom dziecka.