Maya próbowała mówić. Nic nie mogła wydobyć z siebie.
Ponieważ wierzyła, że go nie ma.
Stała przy grobie. Patrzyła, jak zamknięta trumna jest opuszczana do grobu. Żegnała się, aż zabrakło jej łez.
A teraz był tutaj, oddychał, mówił, patrzył na nią jak na obcego człowieka, któremu potrzebne było krzesło.
Julian delikatnie poprowadził ją do siedzenia, lekko kładąc palce na jej ramieniu.
Dotyk wywołał u niej tak szybką falę wspomnień, że poczuła zawroty głowy.
„Skupmy się najpierw na Lily, dobrze?” powiedział spokojnie i życzliwie. „Jak ona ma na imię?”
„Lily” – wykrztusiła Maya szorstkim głosem.
„Lily” – powtórzył ciszej, niż było to konieczne.
Spojrzał na twarz Lily, a jego wyraz twarzy znów się zmienił. Delikatne rozszerzenie oczu. Oszołomione mrugnięcie.
Bo Lily miała jego oczy. Ten sam kształt. Tę samą cichą intensywność, nawet w gorączce.
Julian przełknął ślinę i odzyskał równowagę.
„Od jak dawna ma gorączkę?”
Maya zmusiła się do skupienia.
„Od wczesnego wieczora. Dziś czuła się dobrze. Potem, po kolacji, zaczęła mówić, że boli ją gardło.”
Julian skinął głową, ponownie zmierzył jej temperaturę, osłuchał oddech i zbadał gardło.
„Kochanie, czy możesz otworzyć dla mnie usta?” zapytał delikatnie.
Lily próbowała. Jęknęła.
Twarz Juliana złagodniała do tego stopnia, że Mayę zabolało serce.
Po kilku minutach odsunął się.
„Wygląda na zapalenie migdałków. Zbijemy gorączkę i zaczniemy podawać antybiotyki. Powinna poczuć się lepiej za kilka dni.”
Zwrócił się do komputera, aby wpisać receptę.
Maya wpatrywała się w jego profil, linię szczęki, sposób, w jaki lekko pochylał się do przodu, gdy się koncentrował. Te same nawyki. Ten sam mężczyzna.
Ale coś w jego spojrzeniu wydawało się… odległe. Jakby zawsze był o pół kroku od własnych myśli.
Wtedy Julian odwrócił się i zaczął się jej przyglądać.
„Przepraszam, jeśli to zabrzmi dziwnie” – powiedział ostrożnie – „ale mam wrażenie, że się poznaliśmy. Wyglądasz znajomo”.
Serce Mai waliło jak młotem.
„My… chodziliśmy do szkoły niedaleko siebie” – powiedziała, dobierając każde słowo tak, jakby miało zaraz wybuchnąć. „Kilka lat temu”.
„Szkoła medyczna?”
„Program pielęgniarski.”
Julian zmarszczył brwi i zaczął przeszukiwać pamięć, niczym kartkując książkę z brakującymi stronami.
„Miałem wypadek trzy lata temu” – powiedział cicho. „Straciłem część pamięci. Niektóre fragmenty mojego życia z tamtego okresu są… mgliste”.
Mai zrobiło się niedobrze.
I to było na tyle.
Nie zniknął ze świata.
Zniknął ze swojej przeszłości.
Od niej.
Od nich.
„Rozumiem” – wyszeptała, bo nie ufała swojemu głosowi w sytuacjach, w których trzeba było użyć czegoś poważniejszego.
Julian zawahał się, po czym zapytał: „Jak masz na imię?”
W pytaniu było coś pilnego, jakby odpowiedź była ważniejsza, niż powinna.
„Maya Harper”.
Powtórzył to szeptem.
„Maya…”
Na chwilę zamknął oczy i potarł czoło.
„Dlaczego wydaje ci się, że to coś znaczy?”
Maya zamrugała mocno. Nie rozleci się tutaj, nie na oczach Lily.
„To… popularne imię” – skłamała ledwo słyszalnie.
Julian podał jej papiery.
„Postępuj zgodnie z instrukcją. Jeśli gorączka nie spadnie w ciągu dwóch dni albo jeśli stan się pogorszy, przyprowadź ją z powrotem”.
Maya wzięła receptę. Jej palce musnęły jego.
Kontakt był krótki, ale oboje go odczuli. Julianowi gardło podskoczyło, gdy przełknął ślinę.
„Dziękuję” – mruknęła Maya, ostrożnie podnosząc Lily.
Gdy dotarła do drzwi, Julian zawołał jej imię.
„Maja.”
Odwróciła się.
Wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, coś osobistego, coś ukrytego za mgłą.
Zamiast tego powiedział: „Dbaj o siebie”.
Te same słowa, które wypowiadał za każdym razem, gdy się rozstawali.
Część jego wciąż pamiętała, nawet jeśli nie wiedział, co to było.
Maya wyszła drżąc na nogach.
Na korytarzu oparła się o ścianę, próbując złagodzić szok.
Julian Carter żył.
Po prostu nie pamiętał, żeby ją kochał.
Nie pamiętał, że dziecko, które właśnie badał, było jego córką.