Część rzeczy Lily została odebrana po wypadku. Rozumiałem dlaczego, ale to nie ułatwiało sprawy. Każdy przedmiot był jak jej część, zamknięta za drzwiami, których nie mogłem otworzyć. Wśród nich był jej ulubiony żółty sweterek. Miękki, jasny i radosny, był jej ulubionym strojem w weekendy. Kiedy go miała na sobie, mogłem ją rozpoznać wszędzie.
Tęskniłam za tym swetrem bardziej, niż się spodziewałam.
Daniel wciąż spał na górze, oddychając nierówno. Nie chciałem go budzić. Potrzebował odpoczynku, nawet jeśli miał być krótki i przerywany.
Wpatrywałem się w mgłę, gdy to usłyszałem.
Drapanie. Drapanie. Drapanie.
Na początku to ignorowałem. Nasz pies Baxter zazwyczaj zostawał rano na zewnątrz. Miał przytulne miejsce na werandzie i uwielbiał chłodne powietrze. Jeśli chciał wejść do środka, szczekał raz czy dwa. Tym razem było inaczej.
Dźwięk był natarczywy. Ostry. Prawie panikujący.
Powoli odsunęłam krzesło, a serce zaczęło mi walić jak młotem. Odkąd to wszystko się wydarzyło, każdy nieoczekiwany hałas działał mi na nerwy. Ostrożnie ruszyłam w stronę tylnych drzwi.
„Baxter?” zawołałem cicho.
Drapanie na chwilę ustało.
Potem rozległo się krótkie, ostre szczeknięcie. Takie, jakiego używał tylko wtedy, gdy coś było nie tak.
Odblokowałem drzwi i je otworzyłem.
Baxter stał tam z szeroko otwartymi oczami, unoszącą się piersią i nastawionymi uszami. Jego ogon był sztywny, nie merdał tak jak zwykle, gdy mnie widział.
A z jego ust delikatnie zwisało coś żółtego.
Przez chwilę mój umysł odmawiał pojmowania tego, co widziały moje oczy.
„Baxter…” Mój głos ucichł.
Podszedł i ostrożnie położył zawiniątko u moich stóp.
To był sweter.
Miękki, żółty sweterek z maleńkimi perłowymi guzikami.
Nogi prawie się pode mną ugięły. Złapałam się framugi drzwi, a oddech uwiązł mi gdzieś między klatką piersiową a gardłem.
„To niemożliwe” – wyszeptałem.
Schyliłem się, żeby go podnieść, a ręce trzęsły mi się tak bardzo, że ledwo mogłem dotknąć materiału. Zanim zdążyłem go podnieść, Baxter podniósł go z powrotem i odsunął się ode mnie o krok.
„Skąd to masz?” – zapytałem łamiącym się głosem. „Daj mi to.”
Nie poruszył się. Zamiast tego odwrócił głowę w stronę podwórka, z oczami skupionymi i skupionymi. A potem, bez wahania, ruszył.
„Baxter!” zawołałam, próbując włożyć buty.
Nie zatrzymałem się, żeby wziąć kurtkę. Nie myślałem o zimnie ani wilgotnym powietrzu. Szedłem za nim przez podwórko, ściskając mocno sweter w dłoni.
Przecisnął się przez wąską szczelinę w drewnianym płocie, tę samą, przez którą Lily przeciskała się latem, żeby bawić się na pustej działce obok. Nie myślałem o tym miejscu od miesięcy.